Prawie nie słuchał długiej i skomplikowanej odpowiedzi Khana; mini-
sterialny urżędnik zawsze wplątywał się w sprzeczności, z których nie mogło
go wyratować nawet jego gadulstwo. Yale wolał wyglądać przez okńo, za
którym przesuwały się obrazy świata zniszczeń i upału. Od pewnego czasu
droga obstawiona była porzuconymi samochodami i wozami. Właściwie spo-
tykali je przez całą drogę od sżpitala wśród wciąż jeszcze ziclonych wzgórz
wschodniego Madrasu, lecz tu, bliżej Kalkuty, ich szczątki leżały coraz
gęścięj. Wśród resztek wielu wozów widniały kości, niemal nierozpoznawalne
pozostałości wołów pociągowych; pomniejsze szkielety zalegały pustkowie
po obu stronach drogi.
Kierowca poduszkowca bez przerwy coś mruczał do siebie. Martwi nie
stanowili dla nich przeszkody, ale trzeba było zważać na żywych i pół-
żywych. Z wielkiego mrowiska przed nimi sączyły się grupki istot ludzkich
i samotni wędrowcy, szły całe rodziny, mężcżyźni, kobiety i dzieci, szczęśliwsi
z nich prowadząc zwierzęta juczne, ręczne wózki lub rowery, które dźwigały
ich samych lub ich mizerny dobytek. Parli przed siebie jak ślepcy, nie
wiedząc, dokąd idą, depcząc tych, którzy upadli, nie unosząc nawet głów,
by usunąć się przed nadjeżdżającym poduszkowcem.
Od stuleci tacy sami ludzie ciągnęli do Kalkuty z zamierającego wnętrza
kraju. Dziewięć miesięcy temu, gdy zarząd miasta upadł, a indyjski Kongres
ogłosił, że miasto ma być opuszczone; strumit'ń ten odwrócił bieg i ucieki-
nierzy raz jeszeze stali się uciekinierami. Przez ciemne szkła docierały do
Cateriny strzępy obrazów. Ludzkość gnana zawsze ten pęd bose stopy na
drodze odwieczna gliniana droga i brak prawdziwego celu tylko droga do
wody i lepszych pastwisk. Czy dostaniemy tam coś do picia zawsze kamień
pod stopą przechodnia.